4 pociągi, 12h w drodze. PKP pokazało nam dzisiaj, jak różnie może wyglądać podróż pociągiem. Wszystko zależy od konkretnego człowieka.
Pociąg z Bydgoszczy do Lublina był całkiem pusty. Z początku byliśmy sami w wagonie. Żadnego problemu z wstawieniem rowerów do przedsionka. W Lublinie przesiadamy się do osobowego. Jest nieźle, nowoczesny szynobus, wieszaki na rowery są, podłoga wagonu na wysokości peronu – marzenie każdego rowerzysty podróżującego polskim pociągiem.
Dopiero w tym momencie poczuliśmy, że nasza podróż się naprawdę zaczęła. Ludzie patrzą na nasze rowery i sakwy z zainteresowaniem, przysłuchujemy się rozmowom. Przez dobrą godzinę bawimy się (i połowa podróżnych również) obserwując rytuał godowy homo sapiens.
Młoda samica gatunku, o umaszczeniu jasny blond, prezentuje swoje wdzięki już podczas wejścia do wagonu. Bluzka z wielkim dekoltem, nie jest w stanie pomieścić jej olbrzymich piersi. Wszystko to w rytm jej kroku faluje, przemieszcza sie, wydaje się że ona i one poruszają się niezależnie.
Młody samiec zastyga w bezruchu, wraca właśnie zmęczony pracą na budowie w stolicy. Najpierw obserwuje, po minucie przystępuje do frontalnego ataku.
Rytuał godowy tej pary homo sapiens trwa około godziny, w tym czasie przechodzi przez fazy flirtu, obrażania się, wreszcie samiec prezentuje mięśnie kończyn górnych oraz brzucha (tu unosi koszulkę i obraca się).
Niestety spożywane w dużej ilości przez samca piwo sprawia, że gody wchodzą w fazę wulgarną. Na kolejnym przystanku samica wysiada,a zmęczony samiec zasypia mocnym snem budowniczego stolicy.
Stalowa Wola. Wysiadamy. Marzenie polskiego rowerzysty nie może trwać wiecznie. Peron metr niżej, niż podłoga (a jedziemy niskopodłogowym szynobusem!).
Kolejny nasz pociąg wiezie nas do Przeworska. Tu konduktor pomaga nam z naszymi bambetlami. Nie ściągamy sakw, razem z konduktorem wstawiam załadowane rowery. Bardzo uczynny człowiek.
Przeworsk. Koło dworca stoi parowóz. Pod dworcem toalety. Toalety to złe słowo, ono nie oddaje tego co faktycznie tam się znajduje.
Wreszcie po 12h w pociągu, docieramy do Przemyśla. Pada deszcz. Jedziemy na kemping, niestety od roku zamknięty. Bardzo szybko znajdujemy nocleg w Domu Wycieczkowym PTTK „Podzamcze”. Dostajemy łóżka w pokoju 18-osobowym, cena 23zł/os.
Mamy szczęście , akurat w ten weekend w Przemyślu odbywa się Wincentiada. Wieczorem długi spacer po starówce, oglądamy przepiękne kościoły. Zasypiamy błyskawicznie. Rano rozmawiamy z rycerzami, uczestnikami Wincentiany. Dziwią się, że nas nie pobudzili, bo taaaaaaaaaaaaaaka impreza podobno była.
Dzień 1
Przemyśl – Budomierz 75km
O 9 rano już pedałujemy. Wyjazd z Przemyśla znajdujemy bez błądzenia. Jowita wydrukowała wcześniej plan Przemyśla. Są zaznaczone tylko główne ulice, ale to wystarczy, żeby znaleźć wyjazd z miasta.
Po drodze mijamy pięknie utrzymane ogrody i zadbane domy. Wiele dróg ma nową nawierzchnię asfaltową, jedzie się wyśmienicie.
Krótki odpoczynek i kierujemy się na Nakło. Jest niedziela, odświętnie ubrani panowie pod sklepem bawią nas rozmową.
Dalsze kilometry pokonujemy bardzo dobrymi szosami, cieszą nas widoczne przy drogach tablice z logo Unii Europejskiej. W Korczowej, nieopodal przejścia granicznego zatrzymujemy się obiad. Jedzenie tanie i smaczne.
W Wielkich Oczach Jowita macha policjantom w samochodzie stojącym przy drodze. Ruszają za nami w pościg, syrena wyje. Przez chwilę zastanawiamy się czy nie podjąć próby ucieczki, ale rezygnujemy, bo chyba nic nie przeskrobaliśmy. Tak też jest w rzeczywistości, odpoczywamy kilka minut gawędząc z mundurowymi.
Następny postój wypada w Sanktuarium Na Płomieniu, tyle przynajmniej mówi mapa, ale miejscowi używają nazwy „5 sosen”. Po drodze błądzimy, mijamy właściwą przecinkę w lesie. Kiedy dojeżdżamy do jakiegoś gospodarstwa, orientujemy się, że musimy zawrócić. Jednak wolimy się upewnić, pukamy do drzwi. Przemiła staruszka odprowadza nas skrótem do właściwej drogi.Po drodze opowiada, jak to teraz jest wygodnie bo 3 razy w tygodniu przyjeżdża do nich sklep obwoźny i może kupić świeże pieczywo, dla 50-letniego syna, bo ona woli czerstwe, ale własnego wypieku. My mieszczuchy zwyczajnie nie wiemy co jej odpowiedzieć.
W końcu trafiamy do Sanktuarium. Schowana w lesie mała drewniana budka, nad nią 5 sosen wyrastających z jednego pnia to całe sanktuarium. Obok ufundowano nowe, większe, ale ludzie przychodzą się modlić do tego malutkiego. Niezwykłe miejsce, czuć tu siłę wiary lokalnej społeczności.
Nocleg znajdujemy w leśniczówce ok 1km za Budomierzem. Zostajemy zaproszeni na herbatę, po chwili na stole lądują ciastka. Korzystamy z łazienki i do późna rozmawiamy z gospodarzami.
Dzień 2
Budomierz – Józefów 78km
Rano pijemy herbatę z gospodarzem, szybko zwijamy namiot i w drogę. Do Horyńca Zdrój wiedzie droga wyboista, szutrowa, jest niewiele asfaltu. Jeszcze przed Horyńcem, w Wólce Horynieckiej zatrzymujemy się na śniadanie. Decyzja zapada spontanicznie, bo przed tamtejszym sklepem jest wygodny stół. Mebel jest okupowany przez wielbicieli złotego trunku, ale głównodowodzący ekipy podsklepowej natychmiast wstaje, zmiata ręką jakieś niewidoczne okruchy z blatu i każe się rozgościć. Piwosze znikają za sklepem, a my śniadamy.
Pogoda dopisuje, drugi dzień w pełnym słońcu. Jowita przypala sobie kark, więc w Horyńcu zatrzymujemy się na krótki postój i kupujemy krem do opalania z filtrem 50.
Patrzymy na liczniki i zegarki, 2,5h od wyjazdu a my przejechaliśmy dopiero 25km. No tak, szutry, zwiedzanie niemieckiego cmentarza zakupy, śniadanie przed sklepem a następie poszukiwania apteki. Trzeba przycisnąć. Po drodze kilka podjazdów, teren lekko pofalowany. Nasza kondycja nie jest wybitna, ciężko podnieść średnią.
Przed Werchratą długi i szybki zjazd. Przed rozpędzoną Jowitę wyjeżdża traktor z broną. Ciężko zatrzymać rozpędzony do prawie 50km/h rower obciążony sakwami. Jowitka krzyczy, traktorzysta widzi swój błąd i stara się przyspieszyć. Wszystko kończy się dobrze, ale sytuacja była nieprzyjemna.
W miejscowości Narol robimy mały postój na odpoczynek i naradę wojenną. Jesteśmy bardzo zmęczeni, jak się potem okazało, mieliśmy mały spadek formy w tym samym momencie ale nic to jedziemy dalej. W konsekwencji dojechaliśmy do Suśca, (około 60 km dzisiejszego etapu) gdzie zadowoleni ale zmęczeni spożywamy pyszny obiad w ośrodku wypoczynkowym. Przy jadłodajni jest basen i leżaki, które okazały się zbawieniem dla naszych spracowanych ciał.
Droga do Józefowa miejscowości ,w której chcemy się zatrzymać na nocleg okazuje się mniej męcząca. Pewnie za sprawą pełnego brzuszka i odpoczynku. W samej miejscowości dowiadujemy się od miejscowego staruszka, że niedaleko jest stanica wędkarska. Znajdujemy ją bez problemu. Właściciela ani zarządcy niestety nie ma. Od ludzi mieszkających w stanicy dowiadujemy się , że można do niego zadzwonić. Właściciel przyjeżdża po jakiejś godzinie, wcześniej informując że możemy skorzystać z łazienki i kuchni, co też z radością czynimy. Koniec dnia kończymy spacerem od sklepu, robiąc zakupy na dzień następny.
Dzień 3
Józefów – Krasnystaw 71km
Pobudka o 8. Jajka kupione zeszłego wieczora lądują na patelni. To jest najpyszniejsza jajecznica jaką jedliśmy w życiu. Czujemy że daje nam tzw. powera. Wsiadamy na rowery i o 9.30 jesteśmy już w drodze. Droga do Szczebrzeszyna bardzo dobra. Przed samym Szczebrzeszynem górka i długi podjazd ale my po tej jajecznicy mamy wielki przypływ energii. Kilometry znikają w oczach w przeciwieństwie do dnia poprzedniego. Zastanawiamy się dlaczego?
W Szczebrzeszynie na rynku odpoczynek. Jowita idzie skorzystać z WC w urzędzie miasta. Urzędnicy patrzą na nią jak na istotę z innej planety ale pozwalają skorzystać ze służbowej toalety. Pewnie wrodzony urok.
Przed Krasnymstawem trochę pagórków, droga za Ostrzycą, która miała być szutrowa, jest już asfaltowa. W samym Krasnymstawie nocleg znajdujemy w internacie. Mamy dużo czasu, jemy pyszną pizzę (pizzeria Palermo w rogu rynku) i spacerujemy po uliczkach.
Jest początek roku szkolnego, młodzież do późna szaleje na korytarzu (czyli do ciszy nocnej, bo my padamy wcześniej).
Dzień 4
Krasnystaw – Zbereże 75km
Rano okazuje się, że łóżka były niewygodne, budzimy się połamani. Nasze maty samopompujące okazują się dużo wygodniejsze. Do Chełmna lecimy jak na skrzydłach, kondycja rośnie czy co?
Kręcimy się troszkę po mieście, odpoczynek, lody i jedziemy dalej. Wjeżdżamy na „Nadbużankę”. W Woli Uhruskiej zatrzymujemy się na obiad. Jest tanio, dania w cenach 8-13zł (bardzo dobry placek węgierski 11,50zł).
W Zbereżu Naczelny Poszukiwacz Noclegu, czyli Jowita, szybko znajduje miejsce na rozbicie namiotu. Kąpiemy się w Bugu, śmiejemy się, że pogranicznicy przyjdą nas wylegitymować dopiero jak Jowita się ubierze. Woda jest cieplutka a zachodzące słoneczko przepięknie nas grzeje. Gdyby nie komary, które chyba przyfrunęły na kolacyjkę pewnie zostalibyśmy dłużej, a tak szybko się zbieramy z tego przemiłego miejsca.
Po powrocie za domkiem rozstawiamy namiot, wypakowujemy się i idziemy na werandę napić się herbaty i poczytać. Wieczorem idziemy jeszcze raz nad Bug. Tym razem z Panią gospodynią i z psami. Spotykamy pograniczników. Do późna gawędzimy z gospodarzami, na stole lądują nalewki własnego wyrobu. Dokonuje się również „rytualne” przeszukiwanie psów z kleszczy. Okazuje się że jeden z nich już choruje na Boreliozę (choroba przenoszona przez kleszcze, fuj), drugi zaś ma na swoim futerku kilkanaście pasożytów. No cóż takie życie. Gawędzimy jeszcze chwilę i idziemy spać.
Dzień 5
Zbereże – Terespol 89km
Dzień zapowiada się cudowny, mamy dużo sił i jest piękna pogoda. Żegnamy gospodarzy z Zberaża i ruszamy dalej. Droga jest w miarę płaska a przede wszystkim wyasfaltowana. Nie unikamy jednak kilku podjazdów i przyjemnych zjazdów, przy których prędkości rozwijamy dość wysokie… Po około 20 kilometrach robimy przystanek we Włodawie, na tutejszym ryneczku pijemy wodę i spożywamy słodycze. Wcześniej w Sobiborze (jak sobie potem Jowita przypomniała, w miejscowości gdzie dokonywały się rzezie ludności, było obóz koncentracyjny, słynne lasy sobiborskie) zjadamy śniadanie przed sklepem.
Następny przestanek i kolejny posiłek to miejscowość Hanna. Bardzo mała urokliwa miejscowość, ładny ryneczek z ławkami i malutka cerkiew drewniana z I połowy XVIIIw. Jowita znajduje toaletę i wc w komisariacie policji, trzeba sobie jakoś radzić. Po półgodzinnym odpoczynku jedziemy dalej, mijamy przepiękny nowy budynek straży granicznej w Sławatyczach, tuż na samej granicy z Białorusią. Przed budynkiem siedzą pogranicznicy, którzy nas pozdrawiają. Mamy zamiar w dniu dzisiejszym dojechać do Terespola czyli etap będzie miał około 90km, wspieramy się nawzajem aby osiągnąć ten cel.
Przed Kodniem Jowita dostaje jakiegoś dziwnego powera i mknie jak szalona. Ciekawe to zjawisko, czyżby chwilę wcześniej zjadła wafelka teatralnego:) W Kodniu zatrzymujemy się przy Sanktuarium M.B. Kodeńskiej, które odwiedzał nawet Papież JP II . Sądzimy, że w takim miejscu na pewno znajdziemy coś do zjedzenia co da nam siły w dalszą podróż. Płonne było to jednak, gdyż znajdujemy jedynie bar piwny, w którym serwują oprócz piwa, flaki lub fasolkę po bretońsku. Posiłek umilany jest miejscowymi fanami bursztynowego trunku, którzy przekrzykują się w poglądach na temat poczynań miejscowych władz. Po posiłku udajemy się w dalszą podróż, w zasadzie już bardzo nie daleko a jednak… 20 km kiedy przejechało się już ponad 70km robi swoje. Dajemy jednak radę i po 1,5h jesteśmy w Terespolu.
Zaczynamy rozglądać się za noclegiem, obiecaliśmy sobie że dzisiejszym nocleg będzie tym bardziej cywilizowanym, gdyż po pierwsze dziś przejechaliśmy spory odcinek trasy, po drugie poprzedniej nocy spaliśmy w namiocie i trochę było zimno (dziś też zapowiada się „mroźna” noc) a po trzecie „bo TAK”. W Zespole Szkół Jakichś…. panie sprzątaczki przekazują nam cenną informację, że w budynkach obok, na terenie byłych GS-ów jest możliwość noclegu. Jedziemy więc zobaczyć. Faktycznie jest jakiś „GS” ale zamknięty jak okazuje się na pierwszy rzut oka. Po jakim dobrym kwadransie zmierza do nas portier na rowerze. Jowita wątpi czy nocleg będzie możliwy a jeśli będzie to jaki?
Nocleg okazuje eis super. Jeden z magazynów został przystosowany na hotelik z małymi pokoikami. Oprócz nich jest również wyposażona kuchnia i piękna łazienka. Jest super. Po odświeżeniu się idziemy na miasto na zakupy i kolacyjkę. Okazuje się że nie daleko jest pizzeria i w niej zamawiamy coś na ząb i oczywiście pifko. Nie wiemy co jemy, bo siedzimy na zewnątrz, gdzie nie ma żadnego oświetlenia, tylko w oddali jakieś uliczne lampy ale jedzenie jest pyszne więc nie ma żadnego problemu. Tak uraczeni i zadowoleni wracamy do GS-u gdzie szybciutko zasypiamy.
Dzień 6
Terespol – Tokary 70km
Rano pobudka dość nietypowa. Okazało się, że pokoje w GS’ie sąsiadują z jakimiś biurami gdzie Pani kierownik wydaje dyspozycje odnośnie sprzedawanego towaru. Przeklinają przy tym niemiłosiernie. No cóż Oni są u siebie to my jesteśmy „intruzami”. Zjadamy śniadanie (jajecznicę), żegnamy się z jakimś przemiłym staruszkiem, który przyjechał do GS’ów kilkadziesiąt kilometrów na rozpadającym się rowerze z kilkoma dosłownie jajkami. Miło, że ktoś jeszcze oprócz nas ma uśmiech od ucha do ucha w ten deszczowy poranek. Ruszamy w drogę. Dziś mamy zamiar przejechać przełom Bugu, przeprawić się na jego drugi Brzeg i w terenie dość mało zabudowanym i „cywilizowanym” jak nam się wydaje poszukać noclegu.
Ranek jest dość pochmurny ale ciepły. Zatrzymujemy się na chwilę odpoczynku w tzw. Szwajcarii Podlaskiej, gdzie prowadzone są szlaki rowerowe wyznaczone w lesie nad samym Bugiem. To musi być dość ciekawe. Ciekawy jest również czołg, który nie uszedł naszym oczom. Marcin eksploruje go jak małe dziecko. Ma tyle radochy jak Jowita buszująca w swoich kwiatach.
Droga do Janowa Podlaskiego prowadzi gładkim, nowym asfaltem. Na ten drodze spotykamy „sakwiarzy”, którzy podróżują z Suwałk do Terespola. Dowiadujemy się, że prom na Bugu przeprawiający do Niemirowa dwa dni temu stał na mieliźnie. Aby przeprawić się na drugi brzeg należny do niego dojść po wodzie i wtedy jest szansa na przeprawienie się na drugą stronę. Wydaje się nam to bardzo cenna informacja, która okazuje się prawdą. Przygoda że hej. Najpierw Pan schodzi z promu do nas na brzeg, pokazując nam drogę, potem my z brzegu z całym dobytkiem wędrujemy na prom.
Po półgodzinnej procedurze przygotowawczej jesteśmy na promie a po kilku minutach jesteśmy na drugim brzegu Bugu w Niemirowie. Stamtąd mamy około 20 kilometrów drogi leśnej, lekko utwardzonej. Postanawiamy po przejechaniu tego odcinka leśnego rozpocząć szukanie noclegu. Zanim jednaj znajdujemy nocleg zajeżdżamy do uroczej drewnianej cerkwi (Cerkiew na Uroczysku). Tam mamy swoje pierwsze spotkanie z pogranicznikami. Po wylegitymowaniu nas i spisaniu naszych danych, dowiadujemy się jakie są zasady poruszania się w terenie przygranicznym, co nam wolno a w zasadzie czego nam nie wolno.
Nocleg znaleźliśmy w Tokarach, w starej opuszczonej kuchni letniej. Pani, którą zaczepiliśmy we wsi, zaproponowała nam pomoc. Okazało się , że opiekuje się starszym, schorowanym człowiekiem, którą zatrudnia jego syn. Po telefonie do właścicieli, Pani przystępuje do przygotowywania nam naszego noclegu. Przynosi nam koce, kołdry, ogromną miednicę gorącej wody. Niczego nam więcej nie potrzeba. Oprócz piwka, które Jowita pośpiesznie idzie kupić w miejscowym sklepie tuż przed zamknięciem. Zasypiamy.
Dzień 7
Tokary – Białowieża 71km
Nocleg w Tokarach minął nam całkiem przyjemnie, pominąwszy fakt pobudki o 3.40 Jowity telefonu. Pobudka okropna, a alarm został z zeszłego tygodnia. Rano śniadanie na trawie, ciepła kawa, kanapki i jajka z dnia poprzedniego. Dzień zapowiada się deszczowo, kropi z samego rana ale przestaje po kilku minutach.
Po krótkiej rozmowie z naszą „noclegową wybawczynią” ruszamy w drogę. Obawiamy się tych prawie 20km szutru, który mamy zaznaczony na mapie. Oczom nie wierzymy, bo na początku tej trasy jest tablica Unii Europejskiej i gładziutki asfalt. Suniemy jak „dziki”. Nadal jest bardzo pochmurno i dość zimno ale na szczęście nie pada.
Mijamy Czeremche, w której mamy zamiar zrobić zakupy. Po drodze nie ma sklepów, co bardzo nas rozczarowuje. Znajdujemy jednak drogowskaz „Białowieża 50km”, co nas bardzo cieszy bo właśnie tam mamy zamiar dzisiaj dojechać i poszukać noclegu. Chwilę potem wjeżdżamy w las i zaczyna padać. Przebieramy się w odzież przeciwdeszczową i gubimy drogę. W strugach deszczu minęliśmy skręt na Opokę Dużą, która prowadzi nasza wyznaczoną trasą. Spotykamy Panią zbierającą grzyby, która szybko informuje nas że musimy zawrócić. Pada coraz mocnej i jest dość zimno. Najzimniej jest w ręce, bo pozostałe partie ciała mamy zabezpieczone przed zimnem i deszczem.
We wsi Topilno zatrzymujemy się w zajeździe, który jest dzisiaj chyba zamknięty. Siadamy na ławce pod parasolem a pod nogami kładzie się wielki pies, który nas przywitał przyjaźnie. Robimy sobie ciepłą kawę, wykorzystując wodę z deszczówki ale wypas… Po któtkim odpoczynku ruszamy dalej.
Wjeżdżamy w Puszczę Białowieską. Mamy do przejechania około 20 km do celu , jest mokro, grząsko i wyboiście i cały czas pada. Kilometry ciągną się jak przysłowiowe „flaki z olejem”. Kiedy dojeżdżamy do celu, do Białowieży jesteśmy skonami i przemoczeni ale szczęśliwi. Znajdujemy pokoik w pensjonacie „U Macieja”, który ma piec kaflowy, więc po rozpaleniu jest miło i ciepło. Po kąpieli idziemy coś zjeść i zrobić zakupy na dzień następny.
Białowieża okazuje się kurortem, do którego chyba nie pasujemy. Puszcza białowieska nas nie rozpieściła, byliśmy mokrzy, brudni i ubłoceni. Pierwsza próba „zdobycia” noclegu nie powiodła się, właścicielka przeraziła się chyba naszym wyglądem. Poza tym cena obiadu jak w Sopocie w letnie miesiące. Są tu atrakcje, które być może kiedyś jeszcze nas tu zaprowadzą – Safari, czyli nocno-poranne oglądanie zwierząt (żubrów, lisów, jeleni)
Dzień 8
Białowieża – Łużany 71km
Rano nie chce nam się wstawać, jest sucho i ciepło. Piec kaflowy to genialny wynalazek – nad ranem był dalej ciepły i zapewnił nam super komfortową pobudkę.
Białowieżę opuszczamy pięknym asfaltem, który po chwili zmienia się w szuter. Jedzie się koszmarnie ciężko. Obciązone sakwami rowery zapadają się w tym rozmiękłym od deszczu piachu. Okropnie to działa na psychikę – wysiłek jak podczas jazdy z prędkością 30km/h na asfalcie a my kulamy się ledwo 10-15km/h.
W ten sposób docieramy do Zalewu Siemianówka, który okrążamy leśnymi duktami. Kręcimy się trochę po lesie, kierunek wybieramy trochę po omacku, na przysłowiowego czuja. Z początku były znaki szlaku rowerowego, ale po kilkunastu minutach jazdy ścieżkę przecina nam jakiś płot. Widocznie właściciel ogrodził las.
Tego dnia spotyka nas przykra sytuacja na drodze. Jedziemy dość krętą, niezbyt szeroką asfaltową drogą. Na zakręcie zaczyna wyprzedzać nas bordowy Opel Astra I, jeszcze na „czarnych blachach”. Nr rejestracyjny BIH …tyle udało mi się zapamiętać. Auto to, niewątpliwie było prowadzone przez kierowcę mającego niezwykle wysoko rozwiniętą umiejętność przewidywania sytuacji na drodze.
W jednej sekundzie, w mgnieniu oka, pojawił się znikąd samochód jadący w przeciwnym kierunku. Przecież nie powinno tam go być, ba wręcz nie miał prawa tam się znaleźć. Kto mu pozwolił jechać tą drogą? Tego niestety nasz „Carusso kierownicy” nie przewidział. Podjął jedyną słuszną decyzję – żeby się uratować od zderzenia czołowego należy zepchnąć z drogi rowerzystę. Minął Marcina tak blisko, że lusterkiem dotknął kierownicy. Musnął tylko. Na szczęście.
Po tej historii musieliśmy zrobić jakieś 15 minut przerwy, żeby się uspokoić.
Dalsza droga do miejscowości, o niezwykle ciekawej nazwie – Jałówka, upływa spokojnie. Senny ryneczek, cerkiew, sklep. Za Jałówką po raz kolejny tego dnia wjeżdżamy na szutry. Tym razem do kompletu ułatwień dochodzi tzw. tarka.
Jedziemy przez niesamowite wsie. Czas tam się zatrzymał. Drewniane chałupy. Przy drodze, pod płotami ławeczki okupowane przez mieszkańców. Bacznie się nam przyglądają. Już się trochę przyzwyczailiśmy, że nasze objuczone rowery wzbudzają zainteresowanie.
Wreszcie na horyzoncie pojawia się kolejka TIRów – to znak, że dojeżdżamy do kolejnego przejścia granicznego. Tym razem są to Bobrowniki. Przy drodze sklep i bar czynne 24h. Robimy jakieś podstawowe zakupy i jemy obiad. Jedzonko proste, smaczne i tanie.
Za Bobrownikami znów droga szutrowa. Kolejne kilometry mijają, dojeżdżamy do Łużan. Na spacer wyszła para staruszków, do których, już tradycyjnie, udaje się Jowita prosić o nocleg. Nie zastanawiają się w ogóle, przyjmują nas pod dach.
Drewniana chata w środku bardzo skromnie umeblowana, ale gospodarze niezwykle serdeczni. Dzieli nas spora różnica wieku – ponad 50 lat, a rozmowa biegnie sama, tematy się zmieniają, wskakują jeden po drugim. Pan Czesław ma już 82 lata ale wygląda na dużo mniej. Zabiera Marcina na obchód gospodarstwa. Teraz następuje niesamowita prezentacja dóbr zgromadzonych w szopach, stodołach, schowkach i skrytkach. Pan Czesław jest emerytowanym mechanikiem samochodowym. W ciężkich powojennych czasach naprawiał samochody ciężarowe. Kiedy brakowało części sam je wytwarzał – z użyciem tokarek, frezarek.
Kiedy otwiera drzwi stodoły i zaczyna opowiadać ze szczegółami o zgromadzonych tam maszynach rolniczych, które sam zbudował, to jakby mu 20 lat ubyło. Ma tam chyba ze 3 traktory, 2 przyczepy, kosiarkę, kombajn do ziemniaków (chyba), tartak za pomocą którego pociął 20-sto metrowe bale, żeby zbudować dom.
Opowieść snuje się chyba z godzinę. Nie mam odwagi i śmiałości przerwać panu Czesławowi, chociaż cały czas myślę o tym, że chciałbym sfotografować te jego perełki.
Zasypiamy na zabytkowej wersalce.
Dzień 9
Łużany-Lipsk 91km
Rano z żalem żegnamy się z przemiłymi gospodarzami. Przed wyjazdem jeszcze robimy sobie zdjęcie i spokojnie zaczynamy pedałować tym okropnym szutrem.
Po zaledwie kilku kilometrach nawierzchnia na szczęście się zmienia na asfaltową. Z mapy wiemy, że szutru już nie będzie, uskrzydleni tą informacją myślimy sobie, że dziś to szybciutko przejedziemy planowany dystans.
Niestety w naszej pamięci ten etap naszej podróży nazywamy „alpejskim” – cały czas albo pod górę albo w dół. I tak przez kilkadziesiąt kilometrów.
W Sokółce jemy obiad w jakimś barze. Pozostali klienci oddają się hazardowi – grają na jednorękich bandytach. Grze towarzyszy debata – jak grać żeby wygrać. Słyszymy różne strategie, każda poparta oczywiście bezspornym dowodem – „Rychu, Grzechu, Czechu tak grał i co..!? Wygrał, panowie, W..Y..G..R..A..Ł!”
Nie przytoczę w tym miejscu wszystkich zasłyszanych sposobów (a co! też chcę wygrać!), ale podzielę się jednym. Oto metoda „NA WYKAŁACZKĘ” – otóż po pierwsze: żeby wygrać, trzeba grać, po drugie: żeby grać, trzeba zainwestować (wrzucamy w maszynę 100zł). Po trzecie – wykałaczka – blokujemy za jej pomocą przycisk nakazujący maszynie grać dalej. Po czwarte zamawiamy piwo i siadamy na przeciw maszyny. Automat gra sam, a gracz tylko od czasu do czasu podchodzi, żeby podbić stawkę.
Za Sokółką górka za górką, droga dość ruchliwa, chyba najmniej przyjemny odcinek z całej trasy. Dość mocno zmęczeni docieramy do Dąbrowy Białostockiej, gdzie robimy zakupy w „Biedronce”.
Za Dąbrową górki się kończą, a my wjeżdżamy do Biebrzańskiego Parku Narodowego. W Lipsku znajdujemy nieczynne już pole namiotowe – postanawiamy, że zanocujemy na nim, jak nie znajdziemy jakiejś kwatery. Poszukiwania z pomocą kilku tambylców kończą się sukcesem. Jest to chyba najdroższy nocleg na całej trasie – 30zł/os.
Dzień 10
Lipsk – Gawrych Ruda 60km
Śpimy bardzo długo. Nie przejmujemy się tym wcale, bo dziś mamy do pokonania tylko 60km. Rano na pożyczonej patelni robimy jajecznicę – smakuje wyśmienicie. Po kilku kilometrach wyjeżdżamy z Biebrzańskiego Parku Narodowego. Piękna asfaltowa ścieżynka wiedzie przez lasy Puszczy Augustowskiej. Przelatujemy przez gminę Płaska, która jest płaska nie tylko z nazwy.
Odpoczynek robimy przy jednej ze śluz Kanału Augustowskiego. Czytamy tablice informacyjne, Marcina jak zwykle interesują wszystkie techniczne szczegóły budowy.
Przez dłuższą chwilę szukamy oznaczonego na mapie i na tablicach informacyjnych pomnika przyrody. Niestety, tym razem odnosimy porażkę nawigacyjną, pomimo że obiekt którego uparcie wypatrujemy jest niemały - średnica 4,4m, wysokość 27m.
W tym momencie przypominamy sobie zeszłoroczne rowerowanie po Bornholmie – tam każda nawet najmniejsza „atrakcja” turystyczna była oznaczona tablicą informacyjną (aż do przesady).
Ostatnie kilometry trasy mijają spokojnie. Jedziemy przez piękne lasy, wreszcie docieramy nad Wigry. Tutaj, w miejscowości Gawrych Ruda, zatrzymujemy się na 4 dni, żeby trochę odpocząć. Do końca naszej trasy brakuje około 15km, które pokonamy w drodze do dworca PKP Suwałki.
Polska Egzotyczna 2009
W ciągu 1o dni przejechaliśmy rowerami trasę z Przemyśla do Suwałk. Razem około 750km.
Trasa rowerowa 352620 – powered by Bikemap
Dzień 0 - czyli podróż koleją do Przemyśla.
4 pociągi, 12h w drodze. PKP pokazało nam dzisiaj, jak różnie może wyglądać podróż pociągiem. Wszystko zależy od konkretnego człowieka.
Pociąg z Bydgoszczy do Lublina był całkiem pusty. Z początku byliśmy sami w wagonie. Żadnego problemu z wstawieniem rowerów do przedsionka. W Lublinie przesiadamy się do osobowego. Jest nieźle, nowoczesny szynobus, wieszaki na rowery są, podłoga wagonu na wysokości peronu – marzenie każdego rowerzysty podróżującego polskim pociągiem.
Dopiero w tym momencie poczuliśmy, że nasza podróż się naprawdę zaczęła. Ludzie patrzą na nasze rowery i sakwy z zainteresowaniem, przysłuchujemy się rozmowom. Przez dobrą godzinę bawimy się (i połowa podróżnych również) obserwując rytuał godowy homo sapiens.
Młoda samica gatunku, o umaszczeniu jasny blond, prezentuje swoje wdzięki już podczas wejścia do wagonu. Bluzka z wielkim dekoltem, nie jest w stanie pomieścić jej olbrzymich piersi. Wszystko to w rytm jej kroku faluje, przemieszcza sie, wydaje się że ona i one poruszają się niezależnie.
Młody samiec zastyga w bezruchu, wraca właśnie zmęczony pracą na budowie w stolicy. Najpierw obserwuje, po minucie przystępuje do frontalnego ataku.
Rytuał godowy tej pary homo sapiens trwa około godziny, w tym czasie przechodzi przez fazy flirtu, obrażania się, wreszcie samiec prezentuje mięśnie kończyn górnych oraz brzucha (tu unosi koszulkę i obraca się).
Niestety spożywane w dużej ilości przez samca piwo sprawia, że gody wchodzą w fazę wulgarną. Na kolejnym przystanku samica wysiada,a zmęczony samiec zasypia mocnym snem budowniczego stolicy.
Stalowa Wola. Wysiadamy. Marzenie polskiego rowerzysty nie może trwać wiecznie. Peron metr niżej, niż podłoga (a jedziemy niskopodłogowym szynobusem!).
Kolejny nasz pociąg wiezie nas do Przeworska. Tu konduktor pomaga nam z naszymi bambetlami. Nie ściągamy sakw, razem z konduktorem wstawiam załadowane rowery. Bardzo uczynny człowiek.
Wreszcie po 12h w pociągu, docieramy do Przemyśla. Pada deszcz. Jedziemy na kemping, niestety od roku zamknięty. Bardzo szybko znajdujemy nocleg w Domu Wycieczkowym PTTK „Podzamcze”. Dostajemy łóżka w pokoju 18-osobowym, cena 23zł/os.
Mamy szczęście , akurat w ten weekend w Przemyślu odbywa się Wincentiada. Wieczorem długi spacer po starówce, oglądamy przepiękne kościoły. Zasypiamy błyskawicznie. Rano rozmawiamy z rycerzami, uczestnikami Wincentiany. Dziwią się, że nas nie pobudzili, bo taaaaaaaaaaaaaaka impreza podobno była.
Dzień 1
Przemyśl – Budomierz 75km
O 9 rano już pedałujemy. Wyjazd z Przemyśla znajdujemy bez błądzenia. Jowita wydrukowała wcześniej plan Przemyśla. Są zaznaczone tylko główne ulice, ale to wystarczy, żeby znaleźć wyjazd z miasta.
Po drodze mijamy pięknie utrzymane ogrody i zadbane domy. Wiele dróg ma nową nawierzchnię asfaltową, jedzie się wyśmienicie.
Krótki odpoczynek i kierujemy się na Nakło. Jest niedziela, odświętnie ubrani panowie pod sklepem bawią nas rozmową.
Dalsze kilometry pokonujemy bardzo dobrymi szosami, cieszą nas widoczne przy drogach tablice z logo Unii Europejskiej. W Korczowej, nieopodal przejścia granicznego zatrzymujemy się obiad. Jedzenie tanie i smaczne.
W Wielkich Oczach Jowita macha policjantom w samochodzie stojącym przy drodze. Ruszają za nami w pościg, syrena wyje. Przez chwilę zastanawiamy się czy nie podjąć próby ucieczki, ale rezygnujemy, bo chyba nic nie przeskrobaliśmy. Tak też jest w rzeczywistości, odpoczywamy kilka minut gawędząc z mundurowymi.
Następny postój wypada w Sanktuarium Na Płomieniu, tyle przynajmniej mówi mapa, ale miejscowi używają nazwy „5 sosen”. Po drodze błądzimy, mijamy właściwą przecinkę w lesie. Kiedy dojeżdżamy do jakiegoś gospodarstwa, orientujemy się, że musimy zawrócić. Jednak wolimy się upewnić, pukamy do drzwi. Przemiła staruszka odprowadza nas skrótem do właściwej drogi.Po drodze opowiada, jak to teraz jest wygodnie bo 3 razy w tygodniu przyjeżdża do nich sklep obwoźny i może kupić świeże pieczywo, dla 50-letniego syna, bo ona woli czerstwe, ale własnego wypieku. My mieszczuchy zwyczajnie nie wiemy co jej odpowiedzieć.
W końcu trafiamy do Sanktuarium. Schowana w lesie mała drewniana budka, nad nią 5 sosen wyrastających z jednego pnia to całe sanktuarium. Obok ufundowano nowe, większe, ale ludzie przychodzą się modlić do tego malutkiego. Niezwykłe miejsce, czuć tu siłę wiary lokalnej społeczności.
Nocleg znajdujemy w leśniczówce ok 1km za Budomierzem. Zostajemy zaproszeni na herbatę, po chwili na stole lądują ciastka. Korzystamy z łazienki i do późna rozmawiamy z gospodarzami.
Dzień 2
Budomierz – Józefów 78km
Rano pijemy herbatę z gospodarzem, szybko zwijamy namiot i w drogę. Do Horyńca Zdrój wiedzie droga wyboista, szutrowa, jest niewiele asfaltu. Jeszcze przed Horyńcem, w Wólce Horynieckiej zatrzymujemy się na śniadanie. Decyzja zapada spontanicznie, bo przed tamtejszym sklepem jest wygodny stół. Mebel jest okupowany przez wielbicieli złotego trunku, ale głównodowodzący ekipy podsklepowej natychmiast wstaje, zmiata ręką jakieś niewidoczne okruchy z blatu i każe się rozgościć. Piwosze znikają za sklepem, a my śniadamy.
Pogoda dopisuje, drugi dzień w pełnym słońcu. Jowita przypala sobie kark, więc w Horyńcu zatrzymujemy się na krótki postój i kupujemy krem do opalania z filtrem 50.
Patrzymy na liczniki i zegarki, 2,5h od wyjazdu a my przejechaliśmy dopiero 25km. No tak, szutry, zwiedzanie niemieckiego cmentarza zakupy, śniadanie przed sklepem a następie poszukiwania apteki. Trzeba przycisnąć. Po drodze kilka podjazdów, teren lekko pofalowany. Nasza kondycja nie jest wybitna, ciężko podnieść średnią.
Przed Werchratą długi i szybki zjazd. Przed rozpędzoną Jowitę wyjeżdża traktor z broną. Ciężko zatrzymać rozpędzony do prawie 50km/h rower obciążony sakwami. Jowitka krzyczy, traktorzysta widzi swój błąd i stara się przyspieszyć. Wszystko kończy się dobrze, ale sytuacja była nieprzyjemna.
W miejscowości Narol robimy mały postój na odpoczynek i naradę wojenną. Jesteśmy bardzo zmęczeni, jak się potem okazało, mieliśmy mały spadek formy w tym samym momencie ale nic to jedziemy dalej. W konsekwencji dojechaliśmy do Suśca, (około 60 km dzisiejszego etapu) gdzie zadowoleni ale zmęczeni spożywamy pyszny obiad w ośrodku wypoczynkowym. Przy jadłodajni jest basen i leżaki, które okazały się zbawieniem dla naszych spracowanych ciał.
Droga do Józefowa miejscowości ,w której chcemy się zatrzymać na nocleg okazuje się mniej męcząca. Pewnie za sprawą pełnego brzuszka i odpoczynku. W samej miejscowości dowiadujemy się od miejscowego staruszka, że niedaleko jest stanica wędkarska. Znajdujemy ją bez problemu. Właściciela ani zarządcy niestety nie ma. Od ludzi mieszkających w stanicy dowiadujemy się , że można do niego zadzwonić. Właściciel przyjeżdża po jakiejś godzinie, wcześniej informując że możemy skorzystać z łazienki i kuchni, co też z radością czynimy. Koniec dnia kończymy spacerem od sklepu, robiąc zakupy na dzień następny.
Dzień 3
Józefów – Krasnystaw 71km
Pobudka o 8. Jajka kupione zeszłego wieczora lądują na patelni. To jest najpyszniejsza jajecznica jaką jedliśmy w życiu. Czujemy że daje nam tzw. powera. Wsiadamy na rowery i o 9.30 jesteśmy już w drodze. Droga do Szczebrzeszyna bardzo dobra. Przed samym Szczebrzeszynem górka i długi podjazd ale my po tej jajecznicy mamy wielki przypływ energii. Kilometry znikają w oczach w przeciwieństwie do dnia poprzedniego. Zastanawiamy się dlaczego?
W Szczebrzeszynie na rynku odpoczynek. Jowita idzie skorzystać z WC w urzędzie miasta. Urzędnicy patrzą na nią jak na istotę z innej planety ale pozwalają skorzystać ze służbowej toalety. Pewnie wrodzony urok.
Przed Krasnymstawem trochę pagórków, droga za Ostrzycą, która miała być szutrowa, jest już asfaltowa. W samym Krasnymstawie nocleg znajdujemy w internacie. Mamy dużo czasu, jemy pyszną pizzę (pizzeria Palermo w rogu rynku) i spacerujemy po uliczkach.
Jest początek roku szkolnego, młodzież do późna szaleje na korytarzu (czyli do ciszy nocnej, bo my padamy wcześniej).
Dzień 4
Krasnystaw – Zbereże 75km
Rano okazuje się, że łóżka były niewygodne, budzimy się połamani. Nasze maty samopompujące okazują się dużo wygodniejsze. Do Chełmna lecimy jak na skrzydłach, kondycja rośnie czy co?
Kręcimy się troszkę po mieście, odpoczynek, lody i jedziemy dalej. Wjeżdżamy na „Nadbużankę”. W Woli Uhruskiej zatrzymujemy się na obiad. Jest tanio, dania w cenach 8-13zł (bardzo dobry placek węgierski 11,50zł).
W Zbereżu Naczelny Poszukiwacz Noclegu, czyli Jowita, szybko znajduje miejsce na rozbicie namiotu. Kąpiemy się w Bugu, śmiejemy się, że pogranicznicy przyjdą nas wylegitymować dopiero jak Jowita się ubierze. Woda jest cieplutka a zachodzące słoneczko przepięknie nas grzeje. Gdyby nie komary, które chyba przyfrunęły na kolacyjkę pewnie zostalibyśmy dłużej, a tak szybko się zbieramy z tego przemiłego miejsca.
Po powrocie za domkiem rozstawiamy namiot, wypakowujemy się i idziemy na werandę napić się herbaty i poczytać. Wieczorem idziemy jeszcze raz nad Bug. Tym razem z Panią gospodynią i z psami. Spotykamy pograniczników. Do późna gawędzimy z gospodarzami, na stole lądują nalewki własnego wyrobu. Dokonuje się również „rytualne” przeszukiwanie psów z kleszczy. Okazuje się że jeden z nich już choruje na Boreliozę (choroba przenoszona przez kleszcze, fuj), drugi zaś ma na swoim futerku kilkanaście pasożytów. No cóż takie życie. Gawędzimy jeszcze chwilę i idziemy spać.
Dzień 5
Zbereże – Terespol 89km
Dzień zapowiada się cudowny, mamy dużo sił i jest piękna pogoda. Żegnamy gospodarzy z Zberaża i ruszamy dalej. Droga jest w miarę płaska a przede wszystkim wyasfaltowana. Nie unikamy jednak kilku podjazdów i przyjemnych zjazdów, przy których prędkości rozwijamy dość wysokie… Po około 20 kilometrach robimy przystanek we Włodawie, na tutejszym ryneczku pijemy wodę i spożywamy słodycze. Wcześniej w Sobiborze (jak sobie potem Jowita przypomniała, w miejscowości gdzie dokonywały się rzezie ludności, było obóz koncentracyjny, słynne lasy sobiborskie) zjadamy śniadanie przed sklepem.
Następny przestanek i kolejny posiłek to miejscowość Hanna. Bardzo mała urokliwa miejscowość, ładny ryneczek z ławkami i malutka cerkiew drewniana z I połowy XVIIIw. Jowita znajduje toaletę i wc w komisariacie policji, trzeba sobie jakoś radzić. Po półgodzinnym odpoczynku jedziemy dalej, mijamy przepiękny nowy budynek straży granicznej w Sławatyczach, tuż na samej granicy z Białorusią. Przed budynkiem siedzą pogranicznicy, którzy nas pozdrawiają. Mamy zamiar w dniu dzisiejszym dojechać do Terespola czyli etap będzie miał około 90km, wspieramy się nawzajem aby osiągnąć ten cel.
Przed Kodniem Jowita dostaje jakiegoś dziwnego powera i mknie jak szalona. Ciekawe to zjawisko, czyżby chwilę wcześniej zjadła wafelka teatralnego:) W Kodniu zatrzymujemy się przy Sanktuarium M.B. Kodeńskiej, które odwiedzał nawet Papież JP II . Sądzimy, że w takim miejscu na pewno znajdziemy coś do zjedzenia co da nam siły w dalszą podróż. Płonne było to jednak, gdyż znajdujemy jedynie bar piwny, w którym serwują oprócz piwa, flaki lub fasolkę po bretońsku. Posiłek umilany jest miejscowymi fanami bursztynowego trunku, którzy przekrzykują się w poglądach na temat poczynań miejscowych władz. Po posiłku udajemy się w dalszą podróż, w zasadzie już bardzo nie daleko a jednak… 20 km kiedy przejechało się już ponad 70km robi swoje. Dajemy jednak radę i po 1,5h jesteśmy w Terespolu.
Zaczynamy rozglądać się za noclegiem, obiecaliśmy sobie że dzisiejszym nocleg będzie tym bardziej cywilizowanym, gdyż po pierwsze dziś przejechaliśmy spory odcinek trasy, po drugie poprzedniej nocy spaliśmy w namiocie i trochę było zimno (dziś też zapowiada się „mroźna” noc) a po trzecie „bo TAK”. W Zespole Szkół Jakichś…. panie sprzątaczki przekazują nam cenną informację, że w budynkach obok, na terenie byłych GS-ów jest możliwość noclegu. Jedziemy więc zobaczyć. Faktycznie jest jakiś „GS” ale zamknięty jak okazuje się na pierwszy rzut oka. Po jakim dobrym kwadransie zmierza do nas portier na rowerze. Jowita wątpi czy nocleg będzie możliwy a jeśli będzie to jaki?
Nocleg okazuje eis super. Jeden z magazynów został przystosowany na hotelik z małymi pokoikami. Oprócz nich jest również wyposażona kuchnia i piękna łazienka. Jest super. Po odświeżeniu się idziemy na miasto na zakupy i kolacyjkę. Okazuje się że nie daleko jest pizzeria i w niej zamawiamy coś na ząb i oczywiście pifko. Nie wiemy co jemy, bo siedzimy na zewnątrz, gdzie nie ma żadnego oświetlenia, tylko w oddali jakieś uliczne lampy ale jedzenie jest pyszne więc nie ma żadnego problemu. Tak uraczeni i zadowoleni wracamy do GS-u gdzie szybciutko zasypiamy.
Dzień 6
Terespol – Tokary 70km
Rano pobudka dość nietypowa. Okazało się, że pokoje w GS’ie sąsiadują z jakimiś biurami gdzie Pani kierownik wydaje dyspozycje odnośnie sprzedawanego towaru. Przeklinają przy tym niemiłosiernie. No cóż Oni są u siebie to my jesteśmy „intruzami”. Zjadamy śniadanie (jajecznicę), żegnamy się z jakimś przemiłym staruszkiem, który przyjechał do GS’ów kilkadziesiąt kilometrów na rozpadającym się rowerze z kilkoma dosłownie jajkami. Miło, że ktoś jeszcze oprócz nas ma uśmiech od ucha do ucha w ten deszczowy poranek. Ruszamy w drogę. Dziś mamy zamiar przejechać przełom Bugu, przeprawić się na jego drugi Brzeg i w terenie dość mało zabudowanym i „cywilizowanym” jak nam się wydaje poszukać noclegu.
Ranek jest dość pochmurny ale ciepły. Zatrzymujemy się na chwilę odpoczynku w tzw. Szwajcarii Podlaskiej, gdzie prowadzone są szlaki rowerowe wyznaczone w lesie nad samym Bugiem. To musi być dość ciekawe. Ciekawy jest również czołg, który nie uszedł naszym oczom. Marcin eksploruje go jak małe dziecko. Ma tyle radochy jak Jowita buszująca w swoich kwiatach.
Droga do Janowa Podlaskiego prowadzi gładkim, nowym asfaltem. Na ten drodze spotykamy „sakwiarzy”, którzy podróżują z Suwałk do Terespola. Dowiadujemy się, że prom na Bugu przeprawiający do Niemirowa dwa dni temu stał na mieliźnie. Aby przeprawić się na drugi brzeg należny do niego dojść po wodzie i wtedy jest szansa na przeprawienie się na drugą stronę. Wydaje się nam to bardzo cenna informacja, która okazuje się prawdą. Przygoda że hej. Najpierw Pan schodzi z promu do nas na brzeg, pokazując nam drogę, potem my z brzegu z całym dobytkiem wędrujemy na prom.
Po półgodzinnej procedurze przygotowawczej jesteśmy na promie a po kilku minutach jesteśmy na drugim brzegu Bugu w Niemirowie. Stamtąd mamy około 20 kilometrów drogi leśnej, lekko utwardzonej. Postanawiamy po przejechaniu tego odcinka leśnego rozpocząć szukanie noclegu. Zanim jednaj znajdujemy nocleg zajeżdżamy do uroczej drewnianej cerkwi (Cerkiew na Uroczysku). Tam mamy swoje pierwsze spotkanie z pogranicznikami. Po wylegitymowaniu nas i spisaniu naszych danych, dowiadujemy się jakie są zasady poruszania się w terenie przygranicznym, co nam wolno a w zasadzie czego nam nie wolno.
Nocleg znaleźliśmy w Tokarach, w starej opuszczonej kuchni letniej. Pani, którą zaczepiliśmy we wsi, zaproponowała nam pomoc. Okazało się , że opiekuje się starszym, schorowanym człowiekiem, którą zatrudnia jego syn. Po telefonie do właścicieli, Pani przystępuje do przygotowywania nam naszego noclegu. Przynosi nam koce, kołdry, ogromną miednicę gorącej wody. Niczego nam więcej nie potrzeba. Oprócz piwka, które Jowita pośpiesznie idzie kupić w miejscowym sklepie tuż przed zamknięciem. Zasypiamy.
Dzień 7
Tokary – Białowieża 71km
Nocleg w Tokarach minął nam całkiem przyjemnie, pominąwszy fakt pobudki o 3.40 Jowity telefonu. Pobudka okropna, a alarm został z zeszłego tygodnia. Rano śniadanie na trawie, ciepła kawa, kanapki i jajka z dnia poprzedniego. Dzień zapowiada się deszczowo, kropi z samego rana ale przestaje po kilku minutach.
Po krótkiej rozmowie z naszą „noclegową wybawczynią” ruszamy w drogę. Obawiamy się tych prawie 20km szutru, który mamy zaznaczony na mapie. Oczom nie wierzymy, bo na początku tej trasy jest tablica Unii Europejskiej i gładziutki asfalt. Suniemy jak „dziki”. Nadal jest bardzo pochmurno i dość zimno ale na szczęście nie pada.
Mijamy Czeremche, w której mamy zamiar zrobić zakupy. Po drodze nie ma sklepów, co bardzo nas rozczarowuje. Znajdujemy jednak drogowskaz „Białowieża 50km”, co nas bardzo cieszy bo właśnie tam mamy zamiar dzisiaj dojechać i poszukać noclegu. Chwilę potem wjeżdżamy w las i zaczyna padać. Przebieramy się w odzież przeciwdeszczową i gubimy drogę. W strugach deszczu minęliśmy skręt na Opokę Dużą, która prowadzi nasza wyznaczoną trasą. Spotykamy Panią zbierającą grzyby, która szybko informuje nas że musimy zawrócić. Pada coraz mocnej i jest dość zimno. Najzimniej jest w ręce, bo pozostałe partie ciała mamy zabezpieczone przed zimnem i deszczem.
We wsi Topilno zatrzymujemy się w zajeździe, który jest dzisiaj chyba zamknięty. Siadamy na ławce pod parasolem a pod nogami kładzie się wielki pies, który nas przywitał przyjaźnie. Robimy sobie ciepłą kawę, wykorzystując wodę z deszczówki ale wypas… Po któtkim odpoczynku ruszamy dalej.
Wjeżdżamy w Puszczę Białowieską. Mamy do przejechania około 20 km do celu , jest mokro, grząsko i wyboiście i cały czas pada. Kilometry ciągną się jak przysłowiowe „flaki z olejem”. Kiedy dojeżdżamy do celu, do Białowieży jesteśmy skonami i przemoczeni ale szczęśliwi. Znajdujemy pokoik w pensjonacie „U Macieja”, który ma piec kaflowy, więc po rozpaleniu jest miło i ciepło. Po kąpieli idziemy coś zjeść i zrobić zakupy na dzień następny.
Białowieża okazuje się kurortem, do którego chyba nie pasujemy. Puszcza białowieska nas nie rozpieściła, byliśmy mokrzy, brudni i ubłoceni. Pierwsza próba „zdobycia” noclegu nie powiodła się, właścicielka przeraziła się chyba naszym wyglądem. Poza tym cena obiadu jak w Sopocie w letnie miesiące. Są tu atrakcje, które być może kiedyś jeszcze nas tu zaprowadzą – Safari, czyli nocno-poranne oglądanie zwierząt (żubrów, lisów, jeleni)
Dzień 8
Białowieża – Łużany 71km
Rano nie chce nam się wstawać, jest sucho i ciepło. Piec kaflowy to genialny wynalazek – nad ranem był dalej ciepły i zapewnił nam super komfortową pobudkę.
Białowieżę opuszczamy pięknym asfaltem, który po chwili zmienia się w szuter. Jedzie się koszmarnie ciężko. Obciązone sakwami rowery zapadają się w tym rozmiękłym od deszczu piachu. Okropnie to działa na psychikę – wysiłek jak podczas jazdy z prędkością 30km/h na asfalcie a my kulamy się ledwo 10-15km/h.
W ten sposób docieramy do Zalewu Siemianówka, który okrążamy leśnymi duktami. Kręcimy się trochę po lesie, kierunek wybieramy trochę po omacku, na przysłowiowego czuja. Z początku były znaki szlaku rowerowego, ale po kilkunastu minutach jazdy ścieżkę przecina nam jakiś płot. Widocznie właściciel ogrodził las.
Tego dnia spotyka nas przykra sytuacja na drodze. Jedziemy dość krętą, niezbyt szeroką asfaltową drogą. Na zakręcie zaczyna wyprzedzać nas bordowy Opel Astra I, jeszcze na „czarnych blachach”. Nr rejestracyjny BIH …tyle udało mi się zapamiętać. Auto to, niewątpliwie było prowadzone przez kierowcę mającego niezwykle wysoko rozwiniętą umiejętność przewidywania sytuacji na drodze.
W jednej sekundzie, w mgnieniu oka, pojawił się znikąd samochód jadący w przeciwnym kierunku. Przecież nie powinno tam go być, ba wręcz nie miał prawa tam się znaleźć. Kto mu pozwolił jechać tą drogą? Tego niestety nasz „Carusso kierownicy” nie przewidział. Podjął jedyną słuszną decyzję – żeby się uratować od zderzenia czołowego należy zepchnąć z drogi rowerzystę. Minął Marcina tak blisko, że lusterkiem dotknął kierownicy. Musnął tylko. Na szczęście.
Po tej historii musieliśmy zrobić jakieś 15 minut przerwy, żeby się uspokoić.
Dalsza droga do miejscowości, o niezwykle ciekawej nazwie – Jałówka, upływa spokojnie. Senny ryneczek, cerkiew, sklep. Za Jałówką po raz kolejny tego dnia wjeżdżamy na szutry. Tym razem do kompletu ułatwień dochodzi tzw. tarka.
Jedziemy przez niesamowite wsie. Czas tam się zatrzymał. Drewniane chałupy. Przy drodze, pod płotami ławeczki okupowane przez mieszkańców. Bacznie się nam przyglądają. Już się trochę przyzwyczailiśmy, że nasze objuczone rowery wzbudzają zainteresowanie.
Wreszcie na horyzoncie pojawia się kolejka TIRów – to znak, że dojeżdżamy do kolejnego przejścia granicznego. Tym razem są to Bobrowniki. Przy drodze sklep i bar czynne 24h. Robimy jakieś podstawowe zakupy i jemy obiad. Jedzonko proste, smaczne i tanie.
Za Bobrownikami znów droga szutrowa. Kolejne kilometry mijają, dojeżdżamy do Łużan. Na spacer wyszła para staruszków, do których, już tradycyjnie, udaje się Jowita prosić o nocleg. Nie zastanawiają się w ogóle, przyjmują nas pod dach.
Drewniana chata w środku bardzo skromnie umeblowana, ale gospodarze niezwykle serdeczni. Dzieli nas spora różnica wieku – ponad 50 lat, a rozmowa biegnie sama, tematy się zmieniają, wskakują jeden po drugim. Pan Czesław ma już 82 lata ale wygląda na dużo mniej. Zabiera Marcina na obchód gospodarstwa. Teraz następuje niesamowita prezentacja dóbr zgromadzonych w szopach, stodołach, schowkach i skrytkach. Pan Czesław jest emerytowanym mechanikiem samochodowym. W ciężkich powojennych czasach naprawiał samochody ciężarowe. Kiedy brakowało części sam je wytwarzał – z użyciem tokarek, frezarek.
Kiedy otwiera drzwi stodoły i zaczyna opowiadać ze szczegółami o zgromadzonych tam maszynach rolniczych, które sam zbudował, to jakby mu 20 lat ubyło. Ma tam chyba ze 3 traktory, 2 przyczepy, kosiarkę, kombajn do ziemniaków (chyba), tartak za pomocą którego pociął 20-sto metrowe bale, żeby zbudować dom.
Opowieść snuje się chyba z godzinę. Nie mam odwagi i śmiałości przerwać panu Czesławowi, chociaż cały czas myślę o tym, że chciałbym sfotografować te jego perełki.
Zasypiamy na zabytkowej wersalce.
Dzień 9
Łużany-Lipsk 91km
Rano z żalem żegnamy się z przemiłymi gospodarzami. Przed wyjazdem jeszcze robimy sobie zdjęcie i spokojnie zaczynamy pedałować tym okropnym szutrem.
Po zaledwie kilku kilometrach nawierzchnia na szczęście się zmienia na asfaltową. Z mapy wiemy, że szutru już nie będzie, uskrzydleni tą informacją myślimy sobie, że dziś to szybciutko przejedziemy planowany dystans.
Niestety w naszej pamięci ten etap naszej podróży nazywamy „alpejskim” – cały czas albo pod górę albo w dół. I tak przez kilkadziesiąt kilometrów.
W Sokółce jemy obiad w jakimś barze. Pozostali klienci oddają się hazardowi – grają na jednorękich bandytach. Grze towarzyszy debata – jak grać żeby wygrać. Słyszymy różne strategie, każda poparta oczywiście bezspornym dowodem – „Rychu, Grzechu, Czechu tak grał i co..!? Wygrał, panowie, W..Y..G..R..A..Ł!”
Nie przytoczę w tym miejscu wszystkich zasłyszanych sposobów (a co! też chcę wygrać!), ale podzielę się jednym. Oto metoda „NA WYKAŁACZKĘ” – otóż po pierwsze: żeby wygrać, trzeba grać, po drugie: żeby grać, trzeba zainwestować (wrzucamy w maszynę 100zł). Po trzecie – wykałaczka – blokujemy za jej pomocą przycisk nakazujący maszynie grać dalej. Po czwarte zamawiamy piwo i siadamy na przeciw maszyny. Automat gra sam, a gracz tylko od czasu do czasu podchodzi, żeby podbić stawkę.
Za Sokółką górka za górką, droga dość ruchliwa, chyba najmniej przyjemny odcinek z całej trasy. Dość mocno zmęczeni docieramy do Dąbrowy Białostockiej, gdzie robimy zakupy w „Biedronce”.
Za Dąbrową górki się kończą, a my wjeżdżamy do Biebrzańskiego Parku Narodowego. W Lipsku znajdujemy nieczynne już pole namiotowe – postanawiamy, że zanocujemy na nim, jak nie znajdziemy jakiejś kwatery. Poszukiwania z pomocą kilku tambylców kończą się sukcesem. Jest to chyba najdroższy nocleg na całej trasie – 30zł/os.
Dzień 10
Lipsk – Gawrych Ruda 60km
Śpimy bardzo długo. Nie przejmujemy się tym wcale, bo dziś mamy do pokonania tylko 60km. Rano na pożyczonej patelni robimy jajecznicę – smakuje wyśmienicie. Po kilku kilometrach wyjeżdżamy z Biebrzańskiego Parku Narodowego. Piękna asfaltowa ścieżynka wiedzie przez lasy Puszczy Augustowskiej. Przelatujemy przez gminę Płaska, która jest płaska nie tylko z nazwy.
Odpoczynek robimy przy jednej ze śluz Kanału Augustowskiego. Czytamy tablice informacyjne, Marcina jak zwykle interesują wszystkie techniczne szczegóły budowy.
Przez dłuższą chwilę szukamy oznaczonego na mapie i na tablicach informacyjnych pomnika przyrody. Niestety, tym razem odnosimy porażkę nawigacyjną, pomimo że obiekt którego uparcie wypatrujemy jest niemały - średnica 4,4m, wysokość 27m.
W tym momencie przypominamy sobie zeszłoroczne rowerowanie po Bornholmie – tam każda nawet najmniejsza „atrakcja” turystyczna była oznaczona tablicą informacyjną (aż do przesady).
Ostatnie kilometry trasy mijają spokojnie. Jedziemy przez piękne lasy, wreszcie docieramy nad Wigry. Tutaj, w miejscowości Gawrych Ruda, zatrzymujemy się na 4 dni, żeby trochę odpocząć. Do końca naszej trasy brakuje około 15km, które pokonamy w drodze do dworca PKP Suwałki.